Tydzień Wiedzy o Sercu | Monika Wysocka | 18 września 2017, 8:50

Nadciśnienie - genetyka przyzwyczajeń

Jak zaradzić nadciśnieniu? „Najprościej: trzeba mierzyć ciśnienie. To brzmi banalnie, ale tak właśnie jest" - podkreślają specjaliści.
fot. archiwum

Nadciśnienie tętnicze to przedziwna choroba: łatwo ją zdiagnozować, a niemal jedna trzecia chorych nie ma pojęcia, że choruje. Jej rozwój zależy od czynników na które mamy wpływ, a jednak wciąż nie umiemy sobie z nią poradzić, dostępne są skuteczne i stosunkowo niedrogie leki – tymczasem wielu chorych jest źle leczona. Aż trudno uwierzyć, że wszystko to dotyczy choroby o dramatycznych skutkach.

Nadciśnienie to ogromny problem - choruje na nie około miliarda osób na świecie, w Polsce - ponad 10 mln. Schorzenie to początkowo nie daje objawów - często pacjent dowiaduje się, że ma nadciśnienie, gdy zaczyna odczuwać jego powikłania. Ale zdarza się i tak, że dowiaduje się dopiero jego rodzina, po tym jak umrze na udar lub zawał.

Do wczesnego wykrycia choroby najczęściej dochodzi przypadkowo – gdy nieświadomy chory zdecyduje się na zbadanie ciśnienia podczas akcji profilaktycznej w parku czy supermarkecie lub podczas badań wykonywanych przy innej okazji.

Jak temu zaradzić? „Najprościej: trzeba mierzyć ciśnienie. To brzmi banalnie, ale tak właśnie jest. Ludzie po prostu nie mierzą sobie ciśnienia, bo uważają, że ten problem ich nie dotyczy. Niestety wciąż zdarza się także, że lekarze nie wykonują tego pomiaru swoim pacjentom, gdy ci przychodzą do nich z innymi schorzeniami” – mam jednak nadzieję, że tak dzieje się rzadko - mówi prof. Artur Mamcarz, kierownik III Kliniki Chorób Wewnętrznych i Kardiologii w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym.

W efekcie wykrywalność choroby nie jest pełna. O tym, że ma nadciśnienie wie mniej więcej 2/3 chorych. Dodatkowo spośród tych, którzy się leczą część nie przyjmuje regularnie leków lub w ogóle nie podejmuje terapii. Z danych z 2011 roku wynikało, że ten wskaźnik uległ co prawda niewielkiej poprawie: skuteczną terapię miało ok. 26 proc. leczonych, Dziś sądzimy, że jest lepiej, ale to zapewne nie więcej niż 1/3 chorych
Jedynie 10 proc. to nadciśnienie wtórne, wynikające z innych chorób, m.in. z chorób gruczołów endokrynnych lub guzów nadnerczy, które wydzielają substancje podnoszące ciśnienie, naczyniowo-nerkowego nadciśnienia związanego z przewlekłą chorobą nerek, lub różnych wad serca. Pozostałe 90 proc. to nadciśnienie pierwotne, któremu sami jesteśmy winni. Ludzie bardzo chcieliby, aby można było zrzucić winę na genetyczne uwarunkowania nadciśnienia - i rzeczywiście w niewielkim procencie taka genetyczna skłonność do nadciśnienia istnieje. Jednak większość przyczyn wynika z uwarunkowań środowiskowych: nieprawidłowego odżywiania, zbyt tłustego, zbyt kalorycznego, zbyt słonego. Ze zbyt małej ilości ruchu i wynikającej z tego z otyłości. Z palenia, które uszkadza śródbłonek. A często te czynniki rozwoju ryzyka są wspólne.

„Ja to nazywam genetyką przyzwyczajeń. Jeżeli oboje rodzice ważą po 20 kg za dużo, po obfitym posiłku oboje siadają przed telewizorem z piwem i orzechami, zamiast iść na boisko czy basen, to najczęściej ich dzieci zachowują się podobnie. Efekty już widać: coraz częściej na nadciśnienie i dyslipidemię chorują też dzieci. Środowiskowe uwarunkowania, to wywiad rodziny, ale nie jako pakiet genów, na który nie mamy wpływu, lecz złe przyzwyczajenia” - mówi specjalista.

Co można zrobić, gdy nadciśnienie zostanie zdiagnozowane? Są metody farmakologiczne i niefarmakologiczne. Zanim wkroczymy z lekami warto spróbować zmodyfikować czynniki ryzyka, a więc zrzucić parę kilogramów, leczyć otyłość, zacząć się ruszać - są dowody na to, że aktywność fizyczna poprawia kontrolę ciśnienia. Jakkoklwiek infantylnie to nie zabrzmi – warto także walczyć i radzić sobie ze stresem, bo przewlekły stres podwyższa ryzyko nadciśnienia i chorób sercowo – naczyniowych. „Nie bez znaczenia są także brak wsparcia, niski status społeczno- ekonomiczny, samotność – wiele takich dodatkowych elementów, o których intuicyjnie wiedzieliśmy, że mogą mieć znaczenie, że mogą odgrywać jakąś rolę, a dziś mamy już na to dowody naukowe” – mówi prof. Mamcarz. To wszystko łączy się jak błędne koło: niezdrowo się odżywiamy więc tyjemy, gdy tyjemy nie chce nam się ruszać, chcemy rzucić palenie, ale wtedy tyjemy - więc wracamy do palenia....

„Te wszystkie zalecania są tak naprawdę bardzo trudne do zrealizowania i – trzeba to jasno powiedzieć – ich łączne zalecanie bywa porażką lekarską. Proszę sobie wyobrazić nakazanie pacjentowi jednoczesne rzucenie palenia i schudnięcie. Przecież to nierealne. Warto więc coś wybrać na początek, wyznaczyć razem z pacjentem plan, a jeśli trzeba - skorzystać ze wsparcia dietetyka albo z psychologa” – uważa kardiolog.

Można też zaproponować pacjentowi terapię farmakologiczną – prawdopodobnie wcześniej czy później czeka to każdego z nich. U niektórych trzeba to zrobić od razu, u młodszych można poczekać kilka miesięcy – wszystko zależy od oceny globalnego ryzyka. „Do dyspozycji mamy całą gamę leków, które są niezwykle skuteczne, bezpieczne i mają dobry profil farmakoekonomiczny - są przy tym niedrogie. Trzeba jednak uczciwie poinformować pacjenta o tym, że nadciśnienie tętnicze to choroba, która wymaga bezterminowej terapii, nie można jej wyleczyć” – ostrzega specjalista. Niestety kłopot polega na tym, że nadciśnienia nie czuć i wielu pacjentów, gdy tylko ustabilizuje wartości ciśnienia nie przestrzega zaleceń: odstawia leki, robi sobie wakacje lekowe, eksperymentuje na własnym organizmie.

Dlatego tak ważne jest budowanie relacji między lekarzem i pacjentem, a czasem też psychologiem i dietetykiem. „Tym pacjentem musi opiekować się często cały zespół terapeutyczny – mówię oczywiście o sytuacji idealnej, nie zawsze możliwej w rzeczywistości. Nie chodzi przecież o to, by jedynie w sposób teoretyczny obniżyć komuś ciśnienie do zalecanych wartości lecz o to, by uniknął udaru mózgu bądź zawału i nie umarł. To jest właśnie cel terapii – wydłużenie życia i poprawa jego jakości” – wyjaśnia ekspert. Początkowo ten drugi cel może być trudny, bo pacjent przyzwyczajony do nieznacznie podwyższonych ciśnień, będzie odczuwał dyskomfort w powracaniu do normy. Ponadto zażywa leki, które (jak wszystkie leki) mają działania niepożądane. I dzisiaj to właśnie te skutki uboczne będą go martwić, a nie odległe skutki, takie jak zawał czy udar. „Pacjent najczęściej uważa, że jest nieśmiertelny i jego to nie dotyczy. Ale warto wiedzieć, że powikłania nadciśnienia to nie tylko zawał czy udar, ale także pogorszenie widzenia czy przewlekła choroba nerek. Dzisiaj dializoterapii podlegają głównie pacjenci z cukrzycą i źle leczonym nadciśnieniem.– mówi kardiolog.

Prawdziwe historie

„Kiedyś do gabinetu kolegi lekarza przyszedł pacjent z licznymi czynnikami ryzyka: miał nadciśnienie, podwyższony poziom cholesterolu, palił papierosy, był otyły, miał ponad 50 lat, niewiele się ruszał. Kolega wyliczył mu w skali oceny ryzyka sercowo-naczyniowego (SCORE), że ma 12 proc. ryzyka zgonu w ciągu 10 lat. W odpowiedzi usłyszał: „Przecież nic mnie nie boli, co pan opowiada”. My jako lekarze 10 procentowe ryzyko zgonu uważamy, za bardzo wysokie. Dla pacjenta często oznacza to 90 procentowe szanse, że nic się nie zdarzy. Ale ponieważ kartą WCORE można manipulować w przyjazny dla pacjenta i motywujący sposób, lekarz powiedział mu: jeśli Pana zdaniem 10 proc. że pan umrze to niedużo, to proszę pomyśleć, że ma Pan trzy razy większe ryzyko, że będzie Pan miał udar albo zawał, który przeżyje”. Pacjent wyszedł, a po trzech tygodniach trafił z zawałem na dyżur do tego samego lekarza. I mówi do niego: „Miał pan rację panie doktorze”. Na co ten mu odpowiedział: „Nie miałem racji, przeżył Pan. Miał pan szczęście” – opowiada prof. Mamcarz.
Często dopiero taka sytuacja jest dla pacjenta motywująca. Badania wyraźnie to pokazują: compliance dla pacjentów po incydencie jest dużo większy.

Profesor w wywiadach często przytacza też historię swojego przyjaciela, który zadzwonił do niego i oznajmił, że nie będzie brał leku na nadciśnienie, bo dobrze się czuje. „Powiedziałem mu: to nie bierz. Ale idź ze swoją żoną, która nie pracuje do banku i załóż jej subkonto udarowe. Bo jak będzie miała szczęście to po tym jak dostaniesz zawału i umrzesz, wypłaci pieniądze i będzie miała z czego żyć. A jak nie będzie miała szczęścia to dostaniesz udaru i przeżyjesz , a ona jako dobra żona, będzie musiała kupić ci materac antyodleżynowy, zmieniać pieluchy i wynająć fizjoterapeutę. Więc załóż jej subkonto, aby miała z czego to finansować. Po tej rozmowie kolega kupił lekarstwo i zaczął się odchudzać” – opowiada kardiolog. Morał jest taki, że na każdego znaleźć sposób: jednych można straszyć, innych trzeba zmotywować.

I choć dziś jest łatwiej niż kiedyś, sytuacja wciąż nie jest idealna. O ile na zatrudnienie fizjoterapeuty, który skróci swoimi działaniami pobyt pacjenta w szpitalu, a tym samym spowoduje oszczędności dyrekcja najczęściej wyrazi zgodę, o tyle z psychologiem czy dietetykiem bywa trudniej.
„Oddział diabetologiczny to miejsce, gdzie prawie wszyscy mają nadciśnienie i zaburzenia lipidowe, często są leczeni insuliną. To trudne przypadki wymagające wieloprofilowego wsparcia. W idealnym świecie w takim miejscu psycholog i dietetyk w zespole to norma. Rzeczywistość często wygląda inaczej. Jednak mówimy o modelu idealnym i takie miejsca coraz częściej powstają” – zapewnia specjalista.





Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt wg ustawień przeglądarki. Rozumiem